Ładowanie
13-08-2026
13-08-2026

Wzloty i upadki, czyli sezon 2025/2026 w pigułce – część druga

Skoro pierwsza część sezonu dostarczyła nam tylu emocji, druga nie mogła być inna. Były momenty wielkiej dumy, chwile zwątpienia i mecze, które na długo zostaną w pamięci każdego kibica Jagiellonii. Czas więc domknąć tę historię.

Styczeń

Choć początek roku tradycyjnie upływał pod znakiem ekstraklasowej stagnacji, już pierwsze dni stycznia przyniosły bolesny cios. Oskar Pietuszewski zamienił żółto-czerwone barwy na portugalskie Porto, a w klubie rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania jego następcy. To jednak nie był koniec zmian. Z Jagiellonią pożegnali się Alejandro Cantero, Louka Prip oraz Marcin Listkowski, natomiast AZ Jackson i Cezary „Polska” Polak udali się na wypożyczenia. Braki szybko uzupełniono. Do Dumy Podlasia dołączyli Guilherme Montóia, Apostolos Konstantopoulos, Samed Baždar oraz Matías Nahuel Leiva. Styczeń był też czasem przygotowań w Belek, gdzie rozegraliśmy sparingi z LASK Linz (1:4), CSKA Sofią (1:1) i FK Čukarički (3:0). Pierwszy miesiąc roku przyniósł również losowania europejskich rozgrywek, w których drugi rok z rzędu mieliśmy okazję uczestniczyć. Tym razem los nas nie oszczędził i wyznaczył nam późniejsze starcia z ACF Fiorentiną.

Styczeń miał także swój wyjątkowy moment poza boiskiem – Adrian Siemieniec został wybrany TRENEREM ROKU 2025 na Gali Piłki Nożnej 🏆

Ostatni dzień stycznia był powrotem na ekstraklasowe boiska, czyli wygranym spotkaniem z Widzew Łódź… ale co w sparingu wygrali 7:1, to ich, prawda? 😀

Luty

Drugi miesiąc roku 2025 rozpoczęliśmy od dorocznego Święta Ultry i rozgromienia Motorem Lublin (4:1), gdy na listę strzelców wpisali się Afimico Pululu, Samed Bazdar, Taras Romanchuk i Jesus Imaz. Później pojechaliśmy do Krakowa, skąd przywieźliśmy remis. W międzyczasie na wypożyczenie do KKS-u Kalisz udał się Toki Hirosawa, a szeregi Jagi zasilił Kajetan Szmyt. Luty na zawsze zapamiętamy jednak przede wszystkim z powodu dwumeczu z Fiorentiną. Spotkanie przy Słonecznej było bolesną lekcją futbolu, ale to, co najpiękniejsze, miało dopiero nadejść. Po remisie z Radomiakiem ruszyliśmy do Włoch. Niewielu wierzyło, że jesteśmy w stanie odrobić straty, lecz Jaga zawsze walczy do końca. I tak oto w pięknej Toskanii do przerwy prowadziliśmy 0:2, a chwilę po zmianie stron trzecią bramkę dołożył Bartosz Mazurek. No właśnie – Bartosz Mazurek. Chłopak miał wtedy zaledwie 19 lat i strzelał hat-tricka na stadionie drużyny z Serie A. A Ty? Co robiłaś albo robiłeś w wieku 19 lat? W tamtym momencie białostocki świat na chwilę się zatrzymał, mogliśmy zrobić coś pięknego! Taki wynik utrzymaliśmy do końca regulaminowego czasu gry. Niestety, w dogrywce zabrakło nam sił i doświadczenia. Jednak, z Florencji mogliśmy wyjeżdżać z podniesioną głową. Narobiliśmy zamieszania w tych Włoszech! Można śmiało przypuszczać, że zagraniczni dziennikarze nauczyli się wtedy wymawiać nazwisko Adriana Siemieńca, ale w pamięć z pewnością wryła im się także postać naszego Bartka. To właśnie we Florencji przeżył wieczór, o którym marzy każdy młody piłkarz — strzelił hat-tricka Fiorentinie i sprawił, że o Jadze zrobiło się głośno nie tylko w Polsce, ale i za granicą. A my? My byliśmy po prostu dumni.

Marzec

Po włoskich wojażach przyszło nam wrócić do domu i przyjąć u siebie zespół z Warszawy. Podczas tego spotkania zobaczyliśmy dwie twarze Jagiellonii bowiem do 30 min graliśmy jak z nut. Wtedy podaliśmy tlen zespołowi z Warszawy i tak oto Legia zremisowała z nami nie oddając żadnego celnego strzału. Później było już tylko gorzej. Najpierw przyszła wyjazdowa porażka z Lechią Gdańsk (0:3), a następnie domowa z Piastem Gliwice (1:2). Szczególnie spotkanie w Gdańsku większość z nas chciałaby wymazać z pamięci – Jagiellonia zwyczajnie w nim nie istniała. Marzec, to również miesiąc, podczas którego „Pszczółki” nadrobiły zaległy mecz z GKS-em. Wygrana z GKSą po bramkach Alexa Pozo oraz Tarasa Romanchuka dawała nam nadzieję na lepszą grę Jagi. Jednak to były tylko złudne nadzieje, gdyż już za progiem czekała na nas domowa porażka z zespołem z Płocka. Przegrana z „Nafciarzami” zasiała niepokój w sercach kibiców. Przewaga punktowa stopniała, a liderem Ekstraklasy został Lech Poznań, który jeszcze na początku rundy wiosennej tracił do nas dziewięć punktów. I tak oto Jagiellonia sama zaczęła utrudniać sobie walkę o spełnienie marzeń. Co stało się z Jagą z rundy jesiennej? Dobre pytanie. Możemy jedynie snuć domysły. Marzec to również medialne zamieszanie wokół przyszłości Adriana Siemieńca – spekulacje, klauzule i kolejne plotki. Zdecydowanie nie był to miesiąc, który dawał wiele powodów do uśmiechu.

Kwiecień

Świąteczny miesiąc zaczęliśmy od przełamania się jajeczkiem z zespołem Mistrzów Polski – Lechem Poznań – spotkanie to zakończyło się bezbramkowym remisem z jak się okazało przyszłym Mistrzem Polski. Można rzec, że całkiem szczęśliwym remisem, bo podczas tego spotkania nie mogliśmy w pełni skorzystać z usług naszego Kapitana, który ze względu kontuzji wszedł na murawę dopiero w 71’. Mecz z „Kolejorzem” to również czas pełnoprawnego debiutu Eryka Kozłowskiego, który zastępował właśnie naszego Kapitana. Następnie przyszła pora na żółto-czerwone derby. Myślicie, że to były pewne trzy punkty? A gdzież tam. Na początku bramkę strzelił Martin Remacle, później po ręce w polu karnym rzut karny na bramkę zamienił Afimico Pululu i w taki sposób z Kielc wywieźliśmy trzy punkty. Następnie ruszyliśmy nad morze – tym razem do Gdyni. I było to zupełnie inne spotkanie niż wcześniejszy koszmar w Gdańsku. Dzięki dubletowi Jesusa Imaza oraz trafieniu Sameda Baždara wracaliśmy z trzema punktami w kieszeni. Potem przyszedł jednak mecz z Górnikiem Zabrze, który brutalnie pokazał nam miejsce w szeregu. Mimo optycznej przewagi przegraliśmy po samobójczym trafieniu Bartosza Mazurka i rzucie karnym wykorzystanym przez Rafała Janickiego. Honorowego gola dla Jagi zdobył „Afi”. To to był kolejny miesiąc, którego raczej nie będziemy dobrze wspominać, bo coraz bardziej oczywistym stawało się to, że Jagiellonii odjeżdża mistrzostwo, które wydawać się mogło, że było całkiem na wyciągnięcie ręki. Powtórzę się raz jeszcze, co się stało w tej rundzie możemy tylko dywagować. Bo, to że od meczu we Florencji zniknęła dobrze nam znana Jagiellonia każdy bardzo dobrze widział.

Maj

Maj, czyli miesiąc nadziei, miłych zaskoczeń, przebłysków skrzydłowych i wiary do końca. Zaczęliśmy od wygranej z Pogonią Szczecin – meczu pełnego zwrotów akcji, w którym Bernardo Vital najpierw popełnił błąd przy bramce gości, by później odkupić winy trafieniem na wagę zwycięstwa. Chwilę później przyszła wygrana w Częstochowie (0:2), która ponownie rozbudziła marzenia o europejskich pucharach, a może nawet o czymś więcej. Dodatkowo rozbłysła forma Kajetana Szmyta, a wraz z dobrą dyspozycją Alexa Pozo Jaga w końcu miała dwa pełnoprawne skrzydła. Niestety, nadzieje na mistrzostwo zostały szybko zmazane – na kolejkę przed końcem sezonu Mistrzem Polski został Lech Poznań. Jadze przyszło walczyć o wicemistrzostwo. Na początku było spotkanie na nielubianym terenie – czyli mecz z GKS-em, który od początku nie układał się po naszej myśli, jednak skończył się remisem dzięki bramce Vitala i trafieniu z karnego w wykonaniu Pululu. Niedosyt? Tak i owszem. W tamtym momencie nie wszystko zależało tylko od nas. Ale w sumie, ten mecz był jednym z naszych najlepszych meczy, a żale za straconymi szansami można było wylewać przy wcześniejszych spotkaniach.
Dwudziesty trzeci maja to był last dance tego sezonu. Kilka dni wcześniej klub na socjalach umieścił nagranie na którym oficjalnie żegnał się Afimico Pululu. A później, później było oficjalne zakończenie „związku” Pulu + Jaga – czyli spotkanie z Zagłębiem Lubin. Sytuacja w tabeli została dość szybko rozwiązana po tym jak Górnik Zabrze urządził sobie strzelaninę w meczu z Radomiakiem – dla nas pozostała walka o ostatnie miejsce pucharowe. Spotkanie z Zagłębiem Lubin nie było wielkim widowiskiem, lecz niezawodny „Pulu” wykorzystał rzut karny, a chwilę później „Abrams” obronił jedenastkę rywali. pieczętując brązowy medal. Dziesięć minut później trybuny żegnały Pululu owacją na stojąco, gdy schodził z murawy, kończąc swoją przygodę w żółto-czerwonych barwach.

To był sezon, który dał nam wszystko – nadzieję, dumę, wiarę i ból. Sezon magicznych europejskich wieczorów, sezon niespodzianek a także chwil, gdy cała piłkarska Polska patrzyła z podziwem na Jagiellonię. Były momenty, w których wydawało się, że możemy sięgnąć po wszystko, ale futbol po raz kolejny pokazał, jak cienka jest granica między marzeniem a rozczarowaniem. I tak oto kończymy ten sezon z „tylko”, a może aż, brązowym medalem.

 

About The Author

You may be interested

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *