Okręt bez sternika, czyli rok prezesury Ziemowita Deptuły

fot. MATEUSZ SLODKOWSKI / CYFRASPORT / NEWSPIX.PL / newspix.pl

Jak wszyscy doskonale wiemy, wraz z zakończeniem 2025 roku dobiegła końca roczna kadencja Ziemowita Deptuły na stanowisku prezesa zarządu Jagiellonii. Wiadomość ta mogła z jednej strony zaskoczyć – z zewnątrz (przynajmniej oficjalnie) nie było słychać żadnych głosów, jakoby w klubie ktoś był z działań Pana Deptuły niezadowolony – zresztą sam zainteresowany też wcześniej nie wysyłał sygnałów, iż praca w Jagiellonii w jakimkolwiek zakresie miała by go męczyć. Jako oficjalną przyczynę odejścia wskazano „sprawy osobiste” – i choć jest to często powód-wytrych, które podaje się, gdy nie chce się wyjaśniać jaka była prawdziwa przyczyna rozstania, to osobiście nie mam żadnej wiedzy i przesłanek aby sugerować, że było inaczej. Z drugiej jednak strony – jak już wskazuje sam tytuł tego tekstu – wcale takim obrotem spraw zaskoczony nie jestem, bo analiza tego 12-miesięcznego okresu wypada dla Pana Deptuły w sposób… no niezbyt korzystny.

No dobra, ale czego ja się konkretnie czepiam? Postaram się temat przeanalizować w sposób kompleksowy, odnosząc się do trzech głównych problemów, które rzutowały na taką, a nie inną ocenę kadencji byłego już Prezesa Jagiellonii.

Czy Jagiellonia zawsze była na pierwszym miejscu?

Na przekór postawionej przeze mnie tezie, zacznę jednak od pochwały. Jedną z niepodważalnych zalet Ziemowita Deptuły jest jego otwartość i serdeczność – i tego chyba nikt nie może zanegować. Jest to człowiek, który nie unikał kontaktu z kibicami (choć zdarzały się wyjątki – o czym później), miał też opinię sympatycznego gościa w szeroko rozumianym środowisku piłkarskim daleko wychodzącym poza Jagiellonię. Jego charakter przekładał się też na jego pracę w klubie – sam Pan Deptuła w w wywiadzie u Tomasza Ćwiąkały, wspomniał, że zawsze stara się tak negocjować, czy też utrzymywać takie kontakty z innymi klubami aby „każdy był zadowolony”.

Problem polega jednak na tym… że w tej branży tak się nie da – a przynajmniej nie zawsze. Wiadomo, że trzeba być uprzejmym i nie ma co kręcić niepotrzebnych afer, ale jedna kwestia jest fundamentalna i absolutnie niepodważalna – dobro Jagiellonii musi być na pierwszym miejscu. Jeżeli więc dochodzi do sytuacji, w której trzeba z kimś wejść w konflikt, czy też zagrać twardo (i leży to w interesie klubu) to obowiązkiem prezesa klubu piłkarskiego jest to robić. Piłka nożna to profesjonalny sport, tutaj nie ma miejsca na sentymenty – jeżeli raz pokażesz swoją słabość, inni będą cię rozgrywać i wykorzystywać. Dla przykładu, gdy w 2023 roku klub negocjował nową umowę najmu stadionu (średnio korzystną z punktu widzenia Jagi) Wojciech Pertkiewicz przeprowadził taką ofensywę medialną, że klękajcie narody. Że nie odniosła ona skutku, to inna sprawa, ale było widać, że Pan Pertkiewicz jest graczem z którym trzeba się liczyć i który nie da się w prosty sposób zmarginalizować. Niestety, w przypadku Ziemowita Deptuły było zupełnie inaczej.

Pierwszym momentem, w którym w mojej głowie pojawił się zgrzyt, była kwestia podejmowanych działań w perspektywie terminu rozegrania ćwierćfinału Pucharu Polski. Dla przypomnienia – Jagiellonia miała w tamtym okresie bardzo mocno napięty terminarz, bowiem w przeciwieństwie do Legii grała w 1/16 Ligi Konferencji – przez co, aby mieć więcej czasu na regenerację mocno optowała, aby prestiżowe spotkanie pucharowe rozegrać w czwartek. Z drugiej strony Legii to niezbyt interesowało i zabiegała, aby mecz został rozegrany w środę – co w sposób oczywisty stawiałoby ją w uprzywilejowanej pozycji, miałaby bowiem więcej czasu na regenerację. Z kolei argumentem za tym, aby nie grać w czwartek, miał być jakiś jakiś bliżej niesprecyzowany event, który tego dnia był zaplanowany na Łazienkowskiej.

Ktoś może powiedzieć, że była to sprawa drugorzędna, a jeden dzień w tę czy we w tę nie robił aż takiej wielkiej różnicy. Nic bardziej mylnego, zresztą kwestia lepszego przygotowania do meczu była tylko wierzchołkiem góry lodowej. Sprawa miała wymiar mocno prestiżowy z punktu widzenia naszego klubu, czy raczej sprawczości nowego Prezesa. Z jednej strony bowiem niby oczywistym jest, że PZPN i TVP (czyli nadawca mający prawa do rozgrywek) bardziej sprzyjają warszawskiemu klubowi, ale to nie był żaden argument, aby temat odpuszczać. Wręcz przeciwnie – wymagałbym, aby prezes Jagiellonii w tego typu sytuacji zrobił absolutnie wszystko co się dało, aby walczyć o swoje – Legia mówi, że w czwartek jest jakaś impreza? Trzeba było zabiegać o udostępnienie takiej umowy, czy nawet budować narrację, że skoro w czwartek przy Łazienkowskiej zagrać się nie da, to mecz trzeba przenieść do Białegostoku – i nie ma żadnego znaczenia, czy takiej zabiegi byłyby skuteczne, czy też nie. Chodziło o sygnał, że Ziemowit Deptuła, jak i cała Jagiellonia nie jest jakimś podrzędnym klubikiem, ale poważnym graczem, który potrafi twardo negocjować swoje warunki i nie odpuszcza, nawet gdy sytuacja jest bliska beznadziejnej. A co zostało zrobione faktycznie? W sumie nic. Klub ograniczył się do wysłania pisma do PZPN, gdzieś tam się Prezes na ten temat wypowiedział – ale to wszystko. Mecz rozegrano w środę, a choć Jagiellonia odpadała nie ze względu na brak regeneracji, ale inne historie (o których szkoda gadać), to został wysłany realny sygnał, że teraz – w przeciwieństwie do wspomnianej kadencji Wojciecha Pertkiewicza – Jagę usadzić jest o wiele łatwiej. I ta sytuacja była wyraźnym sygnałem dla całego środowiska, jak również miała swoje konsekwencje w niedalekiej przyszłości.

Piję tutaj oczywiście do historii z Superpucharem, gdzie Jagiellonia nie tylko została rozegrana po całości, ale wręcz upokorzona. Przecież zgodnie z regulaminem rozgrywek, mecz o to trofeum musiał być rozegrany na stadionie Mistrza Polski – i nie ma żadnego znaczenia, czy (i z jakich przyczyn) na meczu tym nie będą mogli być obecni kibice gości. Pod kątem prawnym, czy też organizacyjnym wszystkie karty były po stronie Jagiellonii i histeria ze strony Prezesa Wisły nie powinna mieć tutaj żadnego znaczenia. Ale miała, bo Jarosław Królewski – choć jego zachowania w przestrzeni medialnej często przekraczają granicę dobrego smaku (a wręcz pajacowania) – swoimi wypowiedziami i groźbami dotyczącymi bojkotu meczu o Superpuchar, czy tez wysłania na niego juniorów, skłonił PZPN do refleksji, czy jednak ze względu na podaną przez Jagiellonię przyczynę braku możliwości ugoszczenia kibiców z Krakowa (czyli remont sektora gości) nie docisnąć nasz klub, aby problem rozwiązać z korzyścią dla Wisły. W takiej sytuacji obowiązkiem naszego Prezesa  było twarde walczenie o swoje i nie poddawanie się jakimś kretyńskim szantażom ze strony PZPN, że zostanie nam odebrana licencja na grę w pucharach. Jeszcze raz – regulamin stał po naszej stronie i nie było żadnych przesłanek, aby nam organizację tego meczu odebrać (na który to zresztą mecz klub prowadził już sprzedaż biletów).

Tak się jednak niestety stało i spotkanie zostało rozegrane w Warszawie na Stadionie Narodowym, a przez jego „oprawę” (wynikając z bojkotu ze strony naszych kibiców) wyglądało to groteskowo i nie miało nic wspólnego ze świętem piłki, jakim powinien być mecz o trofeum (nawet jeżeli samo trofeum – ze względu na wielomiesięczne zawirowania związane z organizacją meczu – było mało poważne). Szczytem wszystkiego była jednak wypowiedź samego Prezesa tuż przed samym spotkaniem – jak bowiem Ziemowit Deptuła powiedział dla goal.pl „ Ja się cieszę, że mecz zostanie rozegrany na Stadionie Narodowym. To nadaje należną rangę temu spotkaniu, nawet jeśli trochę może nam przeszkadzać, że tracimy atut własnego boiska. Różne były pomysły – także taki, by PZPN przejął od nas organizację, ale mecz został w Białymstoku. W każdym razie odkąd przeniesiono go na Narodowy, wszystkie działania organizacyjne przekazaliśmy federacji. Mecz na PGE Narodowym traktujemy jak spotkanie wysokiej rangi. Do tej pory było też tak, że nie było żadnych nagród – ktoś wygrał, dostał „talerz” i tyle. A tutaj mamy wspaniały stadion, pierwszy raz są też nagrody, jest potencjał na święto futbolu”. Szczerze? Jak to pierwszy raz przeczytałem, to myślałem, że to jakaś prowokacja. Jagiellonia – jak również osobiście Pan Deptuła – zostali na oczach całej Polski upokorzeniu i ośmieszeni, a Prezes wychodzi do wywiadu i mówi, że jest zadowolony? W sytuacji, gdy kibice jego klubu zostali pozbawieni – przez jego brak odpowiednich działań – możliwości obejrzenia na swoim stadionie meczu o trofeum? W sytuacji, gdy pierwszy zespół (który był już mega zajechany sezonem przez ogromną ilość podróży) ma zafundowaną bezsensowną wycieczkę do Warszawy? No sorry, ale taka wypowiedź albo była dobrą miną do złej gry (w co wątpię), albo świadczyła o kompletnym braku zrozumienia reguł, jakie panują w tym środowisku.

Jakie były efekty tych dwóch wyżej sytuacji? Jagiellonia – czyli, klub który w ostatnich latach zapracował sobie na to, aby być jednym z wielkich – został sprowadzony do roli pariasa polskiej piłki i traktowany jest jako podrzędny klubik bez żadnej sprawczości. Bo nie ma w tym żadnego przypadku, że – przykładowo – tylko my ze wszystkich pucharowiczów regularnie gramy w lidze w południe, przez co mamy najmniej czasu na regenerację ze wszystkich. Zresztą, dlaczego Ekstraklasa miałaby tego nie robić, skoro przez ostatni rok nie było w naszym klubie osoby, która w takich sytuacjach potrafiłaby ostro walczyć o swoje?

Czy piłka nożna to biznes jak każdy inny?

I w ten sposób płynnie można przejść do drugiego problemu, który raził mnie w poczynaniach naszego Prezesa – mianowicie miałem nieodparte wrażenie, że Pan Deptuła nie do końca rozumiał – mówiąc nieco górnolotnie – „czym jest piłka nożna”. Co prawda we wspomnianym już wywiadzie u Tomasza Ćwiąkały padło takie stwierdzenie, iż klub piłkarski to „firma jak każda inna, tylko że inna”, co w sumie powinno sugerować odmienny wniosek – co innego jest jednak o tym mówić, a co innego podejmować konkretne decyzje. Trzeba bowiem wyjaśnić – bo pewnie nie wszyscy o tym wiedzą – że Pan Deptuła nie jest osobą, która jest związana z piłką nożną od zawsze. Kopana pojawiła się w jego życiu stosunkowo niedawno – kilka lat temu, gdy będąc osobą w strukturach pewnej firmy zajmował się sponsoringiem klubów piłkarskich – i dopiero wtedy, już na pewnym etapie swojego życia zaczął się piłką interesować. Owszem potem była też prezesura w Lechii Gdańsk, zmierzam jednak do tego, że Prezes nigdy nie był fanatykiem, nie kibicował żadnemu klubowi od dziecka i po prostu (najprawdopodobniej) nie rozumiał czym dla niektórych może być piłka nożna – bo sam tego nie doświadczył. Żeby była jasność – aby być sprawnym menadżerem w innych branżach (a takim z pewnością Ziemowit Deptuła był) taka wiedza nie jest do niczego potrzebna. Piłkę jednak trzeba czuć, bez tego nie da się być dobrym prezesem – a mam nieodparte wrażenie, że z czuciem tego były u naszego prezesa problemy.

Świadczy o tym chociażby zdziwienie prezesa, że „dlaczego po ostrym meczu piłkarze nie potrafią podać sobie ręki?”. No dlatego nie potrafią, bo to są ludzie cholernie ambitni, dla których wygrywanie jest jak narkotyk, a sama piłka to nie tylko sposób zarabiania pieniędzy, ale też ich największe hobby i pasja. I dokładnie tak samo jest przecież z kibicami – masa osób na trybunach (i przed telewizorami) często dostosowuje cały swój tygodniowy grafik, aby w godzinach meczu mieć czas by go na spokojnie obejrzeć, a wynik takiego spotkania potrafi mieć wpływ na nastrój kibica przez kilka ładnych dni. Nie wspomnę już o tych fanatykach, którzy jeżdżą za Jagiellonią po całej Polsce (a w ostatnich miesiącach także Europie), co przecież musi się odbijać na ich finansach, jak również życiu prywatnym. Sprowadzam to do tego, że kibicowanie Jagiellonii (czy jakiemukolwiek innemu klubowi) wykracza daleko poza zwykłe hobby, a określenie, że jest to swojego rodzaju „styl życia” nie jest wcale nadużyciem. Dla przeważającej większości osób czytających ten tekst powyższy akapit jest oczywistą oczywistością, natomiast trzeba też spojrzeć na to z boku i mieć świadomość, że dla kogoś kto piłką się nie interesuje, jest skrajnie irracjonalnym, że coś tak kompletnie nieważnego, czyli jedenastu chłopa w kolorowych koszulkach i krótkich spodenkach biegających za świńskim pęcherzem, może wywoływać aż tak silne emocje. Ale tak jest, i tak jak napisałem, mam wrażenie, że Pan Deptuła nie do końca potrafił to zrozumieć – i ten brak zrozumienia miał przełożenie na poszczególne decyzje. Jakie konkretnie?

Pisząc półtorej roku temu tekst o marketingu Jagi użyłem takiego stwierdzenia: „Kibic musi bowiem czuć więź z klubem, mieć do niego zaufanie i wiedzieć, że jeżeli coś będzie nie tak, to jego problem nie zostanie zamieciony pod dywan. Bez tego w dłuższej perspektywie nie da się zbudować niczego trwałego”. Powyższy cytat sprowadza się do tego, że klub nie może tylko na kibicach zarabiać – a przynajmniej nie powinno być to jego głównym celem. Owszem, wariactwem byłoby stwierdzenie, że zadaniem klubu nie jest maksymalizowanie swoich zysków – również kosztem kibiców – są jednak pewne granice których przekroczyć nie można, lub też tematy, których ruszenie może spowodować bardzo poważne zachwianie zaufania na linii kibic-klub. Chodzi mi przede wszystkim o bardzo kontrowersyjne decyzje, w sprawach związanych z podniesieniem cen biletów, czy też wprowadzenie nowych, dziwacznych opłat. Żeby była jasność – sam fakt, że bilety i karnety są obecnie droższe niż rok temu, nie jest niczym skandalicznym. Jest to naturalna kolej rzeczy, tym bardziej że klub się rozwija, a świat jest zbudowany tak, że w sumie z czasem wszystko drożeje. Chodzi raczej o pewne niuanse związane z tymi podwyżkami (czy też pokrewnymi decyzjami), które wywołały tak silne, negatywne emocje u kibiców.

Po pierwsze – likwidacja zniżek dla młodzieży i osób starszych. Przecież to jest totalna abstrakcja. Ludzie młodzi często zaczynają swoją przygodę z kibicowaniem i te tańsze bilety stanowią dla nich wabik, aby zostały z Jagą na zawsze – inaczej rzecz ujmując to inwestycja na przyszłość. Osoby starsze z kolei to często kibice z bardzo długim stażem na Jagiellonii i jest to swojego rodzaju sposób ich docenienia (tym bardziej, że szczególnie w okresie zimowym takim osobom nie jest wcale łatwo na stadion dotrzeć i tam wytrwać). Że klub na likwidacji tych zniżek zarobił? No, pewnie coś tam zarobił, ale wizerunkowo wyglądało to fatalnie. Dalej – zmieniono nazwy części sektorów, co skutkowało tym, że osoby które przez lata miały tam swoje miejsce – i przez swój długoletni staż odpowiednie zniżki na karnety – upusty te straciły, a klub w żaden sposób im tego nie wytłumaczył, czy nawet nie zakomunikował. To wcześniej klub wprowadza taki system, aby tych najwierniejszych docenić (co jest kibicom wyraźnie komunikowane), a teraz robi się jakieś januszerskie myki, aby zarobić na nich parę złotych? Dalej, ta nieszczęsna pięciozłotowa opłata transakcyjna. Tak naprawdę nikt sensownie nie wytłumaczył dlaczego to się pojawiło, a w oczach przeciętnego kibica wygląda to jak zwykły scam, mający w jakiś pokrętny sposób wyciągnąć od fanów dodatkowe pieniądze. Do tego opłata za parking i opłata za eskorty – stawiam, że zarobek na tym jest prawie żaden, a wizerunkowo wygląda to tragicznie – po prostu śmierdzi to szukaniem jakiejkolwiek okazji, aby wydusić od kibiców jakieś pieniądze, uciekając się do szantażu emocjonalnego, że „no przecież to twój klub, nie będziesz przecież żałował na Jagiellonię”. Zresztą – został wykreowany taki obraz, że to kibic ma za wszystko płacić, a klub (zgodnie ze stanowiskiem Prezesa) nie był nawet w stanie zatrudnić osoby, która będzie wozić towary ze sklepu internetowego do stacjonarnego, aby fani mogli tam odbierać swoje zamówienia, „bo jest za drogo”? To tak ma wyglądać budowanie relacji i zaufania na linii kibice – klub?

Na te wszystkie pomysły (jak również sposób i styl ich wprowadzenia) mogła wpaść tylko osoba, która traktuję piłkę jako biznes i traktuje kibiców nie jak partnerów, tylko klientów – i niestety wspomniana w wywiadzie u Tomasza Ćwiąkały fraza, że „Jagiellonia sprzedaje emocje” bynajmniej nie była w tym przypadku pustosłowiem. Śmieszyły mnie też tłumaczenia Prezesa, że w innych klubach tego typu opłaty były wcześniej, jak również, że zarówno parking, jak i eskorty się wyprzedają. Po pierwsze – Prezes często używał też stwierdzenia (czy nawet się tym szczycił), że „Jagiellonia jest innym klubem niż pozostałe” – skoro tak, to dlaczego mamy kopiować od innych złe rozwiązania? Aby zarobić na tym parę złotych? Po drugie – i o wiele ważniejsze – trzeba rozumieć, że prowadzenie klubu nie polega na zarobieniu jak największej kwoty na tu i teraz. Jaga jest obecnie w swoim absolutnie najlepszym momencie w historii, ale nie zawsze tak będzie – inaczej rzecz ujmując, gdy w drużynie pojawi się poważny kryzys (a wcześniej czy później się pojawi, jest to nieuniknione) wszystkie te wątpliwe moralnie decyzje uderzą w klub w dwójnasób. To nie jest fizyka kwantowa, osoba, która zna się i rozumie ten biznes powinna zdawać sobie z tego sprawę – a wszystkie te dziwaczne podwyżki bardziej wskazują na to, że staramy się maksymalnie zdyskontować sukces, a co będzie potem, to nas średnio obchodzi. Tak to nie może wyglądać, tutaj musi być jakiś długofalowy plan (tak jak to chociażby wygląda w budowaniu kadry pierwszej drużyny przez Łukasza Masłowskiego). I jeszcze raz podkreślam, nic nie ma złego w samych podwyżkach, ale trzeba zachować umiar. Owce trzeba strzyc, a nie obdzierać ze skóry.

Trudna sztuka komunikacji

W końcu ostatni, trzeci z moich zarzutów – ale nie mniej istotny – dotyczy komunikacji z szeroko rozumianym środowiskiem. Tak się składa, że w klubie nie ma desygnowanej osoby, która będzie tłumaczyła kibicom różnego rodzaju decyzje, czy też zabierała głos, gdy wymagać tego będzie sytuacja. W takiej sytuacji naturalnym jest , że chcąc – nie chcąc obowiązek ten musi spadać na prezesa klubu. To właśnie prezes jest liderem, osobą odpowiedzialną za ten projekt, który nie tylko będzie zbierać pochwały, ale też być swojego rodzaju „zderzakiem” i rozładowywać wszystkie występujące wokół klubu sytuacje kryzysowe. Jest to na pewno trudna sztuka i często nie da się tego zrobić w sposób bezbolesny – inaczej rzecz ujmując, prezes musi mieć świadomość, że czasem będzie mu się dostawać za różnego rodzaju historie, w przypadkach gdy de facto żadnej winy nie ponosi. Jak było z tym w Jagiellonii przez ostatni rok?

Cóż Ziemowit Deptuła przez pierwsze parę miesięcy prezesury dał się poznać jako osoba niezwykle aktywna w przestrzeni medialnej. Na twitterze potrafił przesiadywać godzinami, wchodzą w interakcję z kibicami w często błahych, nieistotnych sprawach. Z jednej strony można było na to patrzeć pozytywnie – taki Prezes, będący praktycznie na każde zawołanie, zdawał się być gwarantem tego, że gdy wydarzy się coś niedobrego, będzie od razu „na miejscu” i natychmiastowo zareaguje na trudniejsze sytuacje. Prawda okazała się jednak zupełnie inna.

Dziwnym trafem bowiem, gdy trzeba było wyjść do kibiców i podjąć jakąś drażliwą kwestię, to aktywność Prezesa nagle w tajemniczy sposób drastycznie się zmniejszała. Problem z organizacją Superpucharu? Brak wyraźnego stanowiska poza dziwacznym oświadczeniem na oficjalnych profilach klubu, że akceptujemy taką decyzję PZPN (wyżej cytowana, skandaliczna wypowiedź Prezesa pojawiła się w mediach 2 dni przed samym spotkaniem). Kwestia podwyżek? Brak jakiejkolwiek reakcji, jedynie późniejsze pokrętne tłumaczenia, że „wszystko drożeje”, a „klub musi na siebie zarabiać”. Sytuacja, gdy okazało się, że w sklepie sprzedawane są koszulki gorszej jakości niż to pierwotnie reklamowano? Też w tym temacie nie było szybkiej reakcji, choć widać było, że fani – delikatnie rzecz ujmując – są tym faktem mocno niepocieszeni. Te wszystkie tematy dałoby się w jakiś sposób wyjaśnić czy nawet rozmyć, gdyby Prezes miał odwagę aby wyjść do kibiców i wejść z nimi w konstruktywną polemikę. Jeszcze raz – wiadomo, że to nic przyjemnego – ale taka jest rola prezesa.

Dochodziły do tego też dziwaczne wypowiedzi dotyczące pionu sportowego, stojące w sprzeczności nie tylko ze strategią rysowaną przez Łukasz Masłowskiego, ale też zdrowym rozsądkiem. Piję tutaj do sytuacji z końca sierpnia minionego roku, kiedy to ważyły się losy odejścia Afimico Pululu do Lecha (zresztą bardzo dobry tekst w tym temacie napisał na naszą stronę Pitero). Negocjacje transferowe to delikatna sprawa i udzielając wypowiedzi mediom trzeba ważyć słowa, bo w jakiś sposób może wpłynąć na sam proces transferowy (o nastrojach wśród kibiców nie wspominając). Co zrobił Pan Deptuła? Radośnie oświadczył mediom, że w zasadzie w klubie pogodzeni są z odejściem Afiego, mają za niego kilka ofert, ale też na pewno rekord transferowy klubu nie zostanie poprawiony. No ręce opadają, przecież po takim komunikacie pozycja negocjacyjna Jagi poleciała na łeb, na szyję, a parę dni później sytuację musiał ratować Łukasz Masłowski, mówiąc że nikt Pululu z Jagiellonii nie wypycha, a wręcz chcemy mu zaoferować nowy kontrakt. No niestety, ale takie wypowiedzi Prezesa świadczyły nie tylko o jego problemach z komunikacją w drażliwych tematach (tworząc chaos komunikacyjny i wrażenie, że w Jadze nie ma jednolitej i ustalonej strategii), ale – o czym również wspomniałem już wcześniej – nierozumieniu czym jest biznes piłkarski oraz, że to klub jest najważniejszy, a nie poszczególne jednostki wokół niego.

Niezależnie jednak od powyższego uważam, że i tak największą porażką w zakresie komunikacji Ziemowit Deptuła poniósł przy całej sytuacji z odejściem Rafała Grzyba. Żeby było jasne – w żadnym zakresie nie zamierzam tutaj dochodzić jaka była przyczyna odejścia Rafała z Jagi, bo z punktu widzenia tego tekstu nie ma to żadnego znaczenia. Faktem jest, że decyzję tą podjął jednoosobowo Adrian Siemieniec, tylko że… komunikacyjnie zostało to rozegrane w sposób najgorszy jak tylko się da i niestety, ale winę ponosi za to przede wszystkim Prezes. Sama konferencja, na której trener przeczytał oświadczenie z kartki była mało transparentna i średnio poważna, co tylko podsyciło różnego rodzaju plotki i spekulacje, które uderzały nie tylko w samego Adriana i jego najbliższych, ale również wizerunek klubu. To, że tego typu spekulacje (pomimo że sprawa miała miejsce w połowie października) cały czas żyły swoim życiem i generowały szkody dla wyżej wspomnianych potwierdził sam Adrian Siemieniec w grudniu, po meczu z Motorem Lublin, czyli prawie dwa miesiące od całego zamieszania. Jaka więc powinna być w takiej sytuacji rola Ziemowita Deptuły? Widząc, jakie historie krążą w mediach (a Prezes nie mógł tego nie widzieć) i jakie szkody to generuje dla Jagiellonii, jego obowiązkiem było wyjść do mediów i temat ten w sposób jednoznaczny i zdecydowany uciąć. Ograniczenie się do wypowiedzi, że to była decyzja trenera, który ma prawo kształtować swój sztab w dowolny sposób było de facto schowaniem głowy w piasek. Bo o ile oczywistym jest, że Adrian Siemieniec ze względu na swoje dokonania i kompetencje ma prawo dowolnie kształtować swój sztab, to decyzję o zwolnieniu poszczególnych osób ostatecznie firmuje lider całego projektu, którym był Pan Deptuła. Do tego Rafał Grzyb to nie był jakiś tam podrzędny pracownik – to legenda klubu, która w jego strukturach była od 15 lat, kogoś takiego nie można bez słowa wytłumaczenia odsunąć, licząc że sprawa rozejdzie się po kościach. Oczywistym jest przy tym, że Prezes być może znalazł się w sytuacji mocno kłopotliwej i trudnej do zarządzenia, ale tak jak już napisałem – piastowanie takiej funkcji wymaga podejmowania trudnych decyzji, czy też brania na siebie w takich sytuacjach odpowiedzialności. Tutaj tego ewidentnie zabrakło i jest to duży kamyczek (a nawet głaz) przy ogólnej ocenie mijającej kadencji Pana Deptuły.

Podsumowując – jaka to była kadencja?

Pomimo tych wszystkich zarzutów i niedociągnięć, byłoby dużą niesprawiedliwością powiedzieć, że wszystko w kadencji Ziemowita Deptuły było złe. Jagiellonia nadal jest czołowym klubem w kraju, buduje swoją rozpoznawalność w Europie, i o ile jest to w przeważającej mierze zasługa duetu Masłowski-Siemieniec, to na pewno jakiś tam – choćby symboliczny – udział w tych sukcesach ustępujący już Prezes miał. Nie można też przejść obojętnie obok dobrej pracy wykonanej przez Pana Deptułę w sferach nie związanych bezpośrednio z piłką, chociażby w kwestii podpisania rekordowej umowy reklamowej na froncie koszulek z głównym sponsorem, czyli Superbetem. Dużą rzeczą było też świetne ogarnięcie organizacji mecz z AZ Alkmaar – nie będę ukrywać, że po przygodach Legii sprzed dwóch lat bardzo obawiałem się jak to będzie wyglądać w naszym przypadku – a wyglądało to wzorowo, w czym jest duża zasługa Ziemowita Deptuły, który jeszcze kilka tygodni przed rozegraniem tego spotkania gościł w Alkmaar i rozmawiał z władzami klubu, jak i miasta, aby nie doszło do powtórki sprzed paru lat.

Powyższe potwierdza więc to, co kilkukrotnie w tym tekście się przewijało – Ziemowit Deptuła jest sprawnym, doświadczonym menadżerem, który dobrze radzi sobie z zarządzaniem i sprawach organizacyjnych, pod warunkiem, że nie były one związane ze specyfiką piłki nożnej. Pojawiały się też bowiem inne problemy, których nie chciałem bliżej omawiać – jak chociażby nie dowiezieniem tematu podpisania umowy z MOSP, czy jakieś dziwne zagrywki z celowym wodzeniem kibiców za nos i myleniu tropów przy kontraktowaniu nowych zawodników. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że zadanie Ziemowita Deptuły w Jadze było o tyle trudne, że wchodził w buty świetnego fachowca, jakim był Wojciech Pertkiewicz, wobec czego ustępujący już Prezes miał bardzo wysoko zawieszoną poprzeczkę. Nie wyszło może idealnie (ba, moim zdaniem nie wyszło nawet dobrze), ale nie było też jakiegoś kompletnego dramatu. Zresztą, jak już wiemy, od 2026 roku pomysł na zarządzanie Jagiellonią zmienia się o 180 stopni i sami będziemy mogli ocenić, jak to wszystko wyjdzie w praniu. Życzę tylko wszystkim kibicom (i sobie również), aby nie skończyło się to tak, że na kadencję Pana Deptuły będziemy po czasie patrzeć z sentymentem i nostalgią, bo to by oznaczało, że ten nowy model – delikatnie rzecz ujmując – nie byłby strzałem w dziesiątkę.

About The Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *