
fot. Michał Mieczkowski / @wystarczymisza
Jagiellonia Białystok przegrała z Rakowem Częstochowa w meczu 14. kolejki Ekstraklasy. Dublet Oskara Repki okazał się za dużym wyzwaniem do pokonania.
Mówiąc o meczu z Rakowem Częstochowa musimy podzielić nasze wrażenia na dwie części: sportową i sędziowską. Zacznijmy od tej pierwszej. Raków przyjechał do Białegostoku naładowany wyeliminowaniem Cracovii z Pucharu Polski. Miał też kilkanaście godzin regeneracji więcej, więc miał swoje podstawy, aby powalczyć na Chorten Arenie o komplet punktów. Niestety dla nas ten komplet wrócił do Częstochowy, a to wszystko za sprawą kilku czynników.
Po pierwsze skuteczny był Oskar Repka, który najpierw przy rzucie rożnym oszukał Tarasa Romanczuka i z bliskiej odległości skierował piłkę do bramki, a następnie po kilku absurdalnych kiksach uderzył obok Pelmarda i Piekutowskiego. Los chciał, że szczęście tego dnia trzymało się głównie gości, bo w drugą stronę próżno było szukać szczęśliwych odbitek czy rykoszetów, a na dodatek bardzo dobrze dysponowany był Oliwier Zych, który w końcówce meczu był zatrudniany przez Oskara Pietuszewskiego. Pietuch dwoił się i troił, aby dać nam nadzieję na remis, ale nie zdołał znaleźć drogi do siatki. Jedynym żółto-czerwonym, który tego dokonał był Afimico Pululu. Wykorzystał on świetne dośrodkowanie Bartka Wdowika i zdobył gola głową.
Jaga zaliczyła dwa momenty zagapienia i zapłaciła za to najwyższą cenę. Podopieczni Marka Papszuna byli znakomicie przygotowani na ten scenariusz, gdyż idealnie wykorzystywali każdy faul, każdą przerwę w grze, aby kraść kolejne cenne sekundy. Czy mamy o to żal? Nie, bo doskonale wiemy do czego uciekał się Raków rok temu. To jest element gry Papszuna. Próżno tam szukać futbolu totalnego, ale taki styl im pasuje i potrafią z niego zrobić użytek. My z kolei znowu cierpimy na nieskuteczność i nad tym trzeba się pochylić, bo mimo gry na czas Raków był zaparkowany we własnym polu karnym przez zdecydowaną większość drugiej połowy i nie była to obrona w 100% kontrolowana.
Teraz pora na wątek nr 2 – sędziowie. Każdy wiedział, że wiara białostocka nie pominie bez komentarza skandalicznej pracy Bartosza Frankowskiego w meczu z Górnikiem. Przygotowane zostały transparenty pozdrawiające arbitra z Torunia w mniej lub bardziej wyszukany sposób. Co prawda nie pochwalamy słów powszechnie uznawanych za wulgarne, ale nie od dziś piłka nożna nie jest teatrem, a trybuny to nie widownia operowa. Dlatego też niesamowicie zaskakuje nas, że transparenty uderzające w wojujących „na grzybach” osobników, polityków czy inne gwiazdy show-biznesu nie spotykają się z reakcją, a ten wycelowany w kolegę po fachu oznacza automatyczne przerwanie meczu? Gdzie był Paweł Raczkowski wiosną? Sędziował wówczas mecz obu drużyn w Częstochowie i zupełnym przypadkiem nie zareagował na rasistowskie okrzyki z trybun? Czy nie pamięta już wytycznych FIFA i UEFA o tym, iż takie zdarzenie powoduje zawieszenie meczu? Najwyraźniej nie. A może spojrzymy na to w drugą stronę. Jeśli sędzia podejmuje decyzję (a właściwie jej brak) niezgodną z zasadami gry w piłkę, to czy piłkarze mogą uznać, że przestaną grać do momentu podjęcia prawidłowej? Inna sprawa, że Raczkowski przyjechał do Białegostoku „na celowniku” po wybrykach swojego kolegi i jeszcze sam decydował się dolewać oliwy do ognia tracąc kontrolę nad meczem i dopuszczając do wybuchu agresji przy ławce Rakowa. Olewał klarowne sytuacje do pokazania żółtych kartek, widział drobne faule, a potem z jakim zdziwieniem musiał reagować, gdy zobaczył, że piłkarze postanowili spróbować zapasów na trawie, bo uważali że i tak na kartkę w ten sposób nie zapracują…Oczywiście sam Raczkowski na wynik meczu nie wpłynął, ale to nie znaczy że mógł dopuścić do chaosu.
Jagiellonia Białystok 1:2 (0:1) Raków Częstochowa
80’ Pululu – 31’, 46’ Repka
Sędzia: Paweł Raczkowski (Warszawa)
